Kilka wyjątków z jasienickich dziejów. 
 
Jastrząb wzbija się w powietrze spłoszony łomotem walących się jesionów. Wiekowe  drzewa, strzegące doliny od 
niepamiętnych czasów, niepamiętnych bo niezamieszkała dolina nie miała do tej pory mieszkańców którzy mogli by owe dzieje 
pamiętać, padają pod siekierami ludzi którzy tutaj właśnie, w dolinie potoku który z czasem przyjmie nazwę Rosielny, zamierzają 
spędzić resztę swojego kruchego XV-wiecznego żywota, tutaj, na ziemi która wciąż jest lasem, na stromych karpackich 
zboczach, wśród lasów pełnych dzikiej zwierzyny która równie dobrze może stać się pokarmem jak i konsumentem. Wielka 
odpowiedzialność ciąży na sołtysie Stanisławie z Jasienicy.  Jest rok 1442. Dookoła nieprzebyta Karpacka puszcza. Skąd wziąć 
osadników do świeżo lokowanej osady. Jak ich tutaj zatrzymać, jak wymazać z ich umysłów świadomość trudności tego 
przedsięwzięcia   przetrwania w środku pierwotnej dziczy, gdzie człowiek jest tak naprawdę niczym więcej jak tylko jednym z 
elementów bezwzględnego ekosystemu. Wtedy, w XV wieku, elementem stawiającym wyzwanie swojej pozycji w tym 
odwiecznym układzie, wciąż jednak zbyt słabym by uważać się za zwycięzcę w odwiecznej walce człowieka z naturą. 
Czy okres wolnizny okaże się wystarczająca zachętą, zastanawia się wójt. Czy trzeba będzie uciec się do innych środków? 
Czy Marcin Kamieniecki, który sześć lat później stał się właścicielem wsi, był pełen podobnych rozterek? Czy tez wieś była już 
wtedy prężnie rozwijającą się osadą. A może butny magnat spoglądając na swe włości z murów odrzykońskiego zamku nie 
zaprzątał swoich myśli tak błahymi dla niego sprawami. Patrzył w dal, ponad krośnieńską kotliną, daleko, aż za Beskid, i dalej 
jeszcze, gdzie wzrok już nie sięga a jedynie niepowstrzymana źrenica ludzkiej ambicji. Patrzył tak i marzył o wielkości, a niebo 
było granicą. Odbita od nieba ambicja wraca nad Jasienicę. Po prawie czterech wiekach błądzenia w czasoprzestrzeni, w 1727, 
ambicja przekształca wieś w miasteczko, choć wtedy już jako własność Załuskich. Być może ta sama, archetypowa ambicja każe
 w 1770 roku Mariannie i Ignacemu Załuskim herbu Junosza zafundować drewniany, barokowy kościół, który po dziś dzień stoi 
nad Jasienicą i czuwa nad jej mieszkańcami, 300-letni wartownik, konstrukcji zrębowej, na podmurowaniu. Ilekroć dostrzegał 
niebezpieczeństwo bił w starszy od samego siebie, XV-wieczny dzwon. Na obrazach w swym wnętrzu przechowuje pamięć o 
swych rodzicach, Załuskich. 
Nastaje rok 1806 a nad Jasienicą wciąż łopocą skrzydła ambicji. Oto 19-letni Józef Załuski, najwybitniejszy, jak się później okaże, 
przedstawiciel rodu, wstępuje do pułku szwoleżerów walczącego u boku Napoleona Bonaparte. Po klęsce kampanii weźmie 
udział w Powstaniu Listopadowym. Krew lejąca się gorącymi czerwonymi strumieniami podczas szarży pod Somosierrą, 
niezmierzona odwaga, zapał i poświęcenie pewnej listopadowej nocy zdruzgotane tradycyjnym polskim brakiem porozumienia. 
Wszystko to było udziałem gen. Józefa Załuskiego. Odznaczony orderem Legii Honorowej i Virtuti Militari, czy doznał spełnienia? 
Czy na łożu śmierci, dusząc go, na piersiach przysiadł mu nienasycony ptak Ambicji?  
Czy ten sam ptak nie dawał po nocach spać żydowskim mieszkańcom miasteczka. Czy  w soboty przysiadał na drzewie opodal 
bożnicy i głosem do złudzenia przypominającym brzęk monet przypominał, nękał umysł, ponaglał, zachęcał? Gdzie był gdy w 
czerwcu 1942 roku hitlerowcy utworzyli w Jasienicy getto i zapędzili do niego Żydów nie tylko z Jasienicy ale także z 
Domaradza, Bliznego, Golcowej, Gwoźnicy, Orzechówki, Woli Jasienickiej, Wesołej, a nawet z Krosna. Na niewielkim obszarze 
getta, wśród ścisku i nieludzkich warunków sanitarnych życie zostało zredukowane do wątłej iskierki nadziei na ocalenie, 
ochranianej uważnie od wiatru śmierci, gdzieś w zakamarkach rozumu, w tajemnicy przed rozumem, bo rozum mówił ze 
ocalenia nie będzie. I miał rację. 11 sierpnia setki iskierek, jedna po drugiej gasły na Jasienickim kirkucie, zdmuchnięte pociskami 
ukraińskich żołnierzy w służbie jego hitlerowskiej mości. 
Opium zbiorowej przemocy. Na tym cmentarzu spoczywa 600 ofiar zbiorowego szaleństwa, zjednoczonych jedną kamienną 
płytą pamięci. Złowroga ambicja niemieckiej rzeszy. 
  W XXI wieku krzemu i masowego przepływu informacji kirkut porasta trawa a kości kruszeją pod warstwą wapna i ziemi. W 
naszych czasów historia jest tak martwa jak kości karpackich Żydów na jasienickim kirkucie. Przed nami nowy, wspaniały świat, 
wieczna młodość, szczęście skupione na kilku centymetrach kwadratowych karty Visa. Ale w Jasienickich lasach wciąż jeszcze 
usłyszeć można dźwięk siekier, zobaczyć ludzi którzy ciężką pracą wyrąbują swój los. Jak przed wiekami, które nie do końca 
umarły.  
 
Piotrek Czerwiński 
Moje Karpaty - strona główna >>>
Jasienica w galerii >>>