
Prządki - skały Pogórza.
Od milionów lat tutejsze, jednak nietutejsze, na wieki niekonformistyczne, nieprzystosowane, nieakceptowane i
wykorzystywane. Jak ludzie. Nic dziwnego że w legendach uczłowieczane. Takie są skały Pogórza. Takie są Prządki.
Zdawać by się mogło że w rejonie Komborni, Czarnorzek czy Odrzykonia oraz w innych miejscach gdzie skały te
można znaleźć, ludzie mieszkali od zawsze. Najpierw Rusini i Polacy, potem już tylko Polacy. Ale zawsze ludzie. I od
zawsze. Taka jest natura człowieka że zawsze wydaje się sobie być najważniejszym. Wystarczy jednak chwila refleksji
by zdać sobie sprawę że tak oczywiście nie jest. Naturalnym jest jednak że osadnicy korczujący niedostępna graniczną
puszczę dawnej Rusi Czerwonej natknąwszy się na wyrastające ponad wierzchołki drzew skały o humanoidalnych
kształtach musieli sobie jakoś ich niewzruszona obecność wytłumaczyć.
Mówili więc ludzie że były to córki kasztelana zamku w pobliskim Odrzykoniu, przemienione w kamień z powodu
swych moralnych niedociągnięć, z powodu tego co czyni nas ludźmi.
Mówili więc ludzie że panny były to rozpieszczone i zepsute. Mimo faktu że żywot swój wiodły na dzikich obszarach
pogranicza, wśród pierwotnej karpackiej puszczy, ojciec ich nie żałował sił jak i pieniędzy aby zapewnić im wszelkie
luksusy. Być może była to forma rekompensaty, wynagrodzenia i oszukania ślepego losu którego fanaberią było
skazanie jego córek na życie w tej dziczy.
Sytuacja ta bynajmniej nie wpływała korzystnie na mentalny rozwój odrzykońskich panien. Były egocentryczne,
próżne, lecz zarazem bardzo piękne, co niestety od zawsze bywa częstym połączeniem.
Zamek odrzykoński leżał na obszarach pogranicza, niedostępnej Rusi Czerwonej, terra incognita, ziemi w dużym
stopniu niczyjej. Nic więc dziwnego że pojawienie się gości na zamku wywołało poruszenie wśród wszystkich jego
mieszkańców, tym bardziej wśród panien, tym bardziej, gdyż goście okazali się być rycerzami, żołnierzami strzegącymi
południowo-wschodnich granic królestwa, żołnierzami we mgle, poszukiwaczami złotego runa, Don Kiszotami
walczącymi z wiatrakami, gdyż w tych czasach nikt nie wiedział gdzie przebiega granica, granica tak płynna jak woda
w wiecznie granicznym Sanie, jak szlachetność i podłość, jak piękno i brzydota. Ogień i woda. Niemożliwe kombinacje.
Paradoksy. Czy jednak? Czy świat nie jest sumą paradoksów? Oto szlachetny rycerz, broniący Boga, honoru i
ojczyzny zakochuje się w próżnej dziewczynie. Była to najmłodsza córka kasztelana. Jednak według staropolskiego
lub też słowiańskiego obyczaju musiał on najpierw poprosić o rękę najstarszej córki. Postanowiono więc że o
kwestiach mistycznych rozsądzi rzecz prozaiczna praca. Panna która pierwsza utka samodzielnie ślubny welon poślubi
szlachetnego rycerza. Problem polegał na tym ze szlachetne i delikatne dłonie kasztelańskich córek nigdy wcześniej
nie przędły szorstkich i prostych nici. Rozpoczął się wyścig z czasem i własną słabością. Szlachetny rycerz odjechał by
bronić niewidzialnej granicy, odrzykońskie panny natomiast przędły nici swojego losu.
Los bywa okrutny. Chciałoby się nawet powiedzieć: czasem bywa łaskawy. Nie był on łaskawy dla mieszkanek
zamku. Najwidoczniej los jest istotą wolną i nie cierpiącą skrępowania. Tak bardzo chciały panny los swój odmienić
że zemścił on się w sposób okrutny. Zaaferowane naturalną dla każdej ludzkiej istoty chęcią osiągnięcia szczęścia
dziewczyny pracowały nie zwracając uwagi na fakt że oto nadszedł Wielki Tydzień.
Wielki Czwartek, Piątek, Sobota. Dni mijały jeden za drugim. Zaabsorbowane, zapatrzone w świetlaną przyszłość, w
złudną losu swego odmianę, nie zauważyły że minęła północ i nadeszła Wielka Niedziela. Odrzykoński zamek zadrżał w
posadach. Kilka kamieni stoczyło się spod murów aż do potoku w pobliskim lesie. Plusk wody spłoszył ptaki, zbudzone
już wcześniej upiorną czerwienia nieba i przerażającym grzmotem nieboskłonu nad lesistymi górami Pogórza.
Tajemnicza siła uniosła córki kasztelana z zamku i przeniosła aż do pobliskich Czarnorzek. Piekielna burza jaka rozpętała
się nad Odrzykoniem i okolicą nie pozwoliła nikomu wyjść z zamku na poszukiwanie dziewczyn. Po siedmiu godzinach,
długich i strasznych jak siedem grzechów głównych, już z samego zamku można było zobaczyć że w lesie nad
Czarnorzekami coś wystaje spomiędzy drzew, coś przerażającego a jednocześnie nieodparcie znajomego Skamieniałe
córki odrzykońskiego kasztelana miały już na zawsze pozostać w puszczy pogranicza. Na zawsze na granicy. O krok
od szczęścia. Z czarnorzeckiego grzbietu, z wysokości swoich kamiennych oczu wzniesionych wysoko ponad
wierzchołkami drzew miały spoglądać na leżące w kotlinie poniżej Krosno, i dalej, na pasmo Beskidu, i dalej, za Beskid,
za Przełęcz Dukielską, na południe, gdzie leżała ziemia obiecana, arkadia królewskich i książęcych dworów południowej
Europy o których opowiadali czasem kupcy ciągnący gościńcem na północ.
Skamieniałe ambicje wciąż spoglądają w dal, ponad krośnieńską kotliną...
Piotrek Czerwiński

fot. Piotrek Czerwiński
"skamieniałe pomniki niegdysiejszego
świata..."
M. B. Stęczyński, Okolice Galicyi
Widok z Działu na Prządki i ruiny
zamku w Odrzykoniu (na horyzoncie).
fot. Piotrek Czerwiński