

Przywitał nas ryk silnika starego Kamaza. Jego historyczno-industrialny łoskot prawdopodobnie wypłoszył wszystko co żywe w
promieniu kilometra a wzbity przez wielkie, przeciążone koła kurz szutrowej drogi przykrył tą część życia która nie mogła uciec,
zamieniając przydrożną zieleń w paletę szarości.
Na Dębniku przyczaiła się historia. Ona też nie mogła uciec. Nie miała zamiaru. Nie chciała. Od 1510 ulucka cerkiew strzegła tej części
doliny Sanu, wchodząc w skład fortyfikacji klasztoru Bazylianów. Strzegła najludniejszej niegdyś wsi powiatu brzozowskiego. W
okresie międzywojennym mieszkało tu 2040 mieszkańców. 1640 spośród nich było wyznania greckokatolickiego. Przez wszystkie te
wieki drewniany strażnik stał nad wsią, niewzruszonym, nieodgadnionym drewnianym spojrzeniem patrzył na ludzi nad Sanem,
krzątających się wokół swoich trywialnych spraw, podtrzymujących swoją kruchą egzystencję, nieświadomych ulotności chwili,
ulotności życia, które przecież jest chwilą. Patrzył na ludzi budujących barki w stoczni rzecznej, patrzył na innych w mozole
ładujących na barki sól z żupy w pobliskiej Tyrawie, patrzył jak czas płynie, odpływa w nicość jak barki z solą w dół Sanu. Cel ich
podróży można było przewidzieć, odgadnąć, odnaleźć w księgach. Ale dokąd odpływa przemijający czas?
Z upływem wieków stawała się cerkiew dinozaurem przeszłości a zarazem ostoją wiary i sensu dla mieszkańców Ulucza, kruchym,
łatwopalnym gwarantem pewności w niepewnym świecie. W 1744 Bazylianie opuścili Dębnik przenosząc się do Dobromila. Zniknęła
też wtedy z Ulucza sławna szkoła artystów tworzących ikonostasy, ale cerkiew pozostała. Stojąc na szczycie Dębnika w oku cyklonu
szalejących dziejów wielkiego i małego świata zapewniała łączność pomiędzy teraźniejszością i przeszłością.
Po raz niezliczony w historii świata i Karpat szaleństwo odżyło po II wojnie światowej. Podczas gdy na większości obszarów
porażonych kataklizmem wojny ludzie z mrówczym uporem zaczynali wskrzeszać zgliszcza, w Karpatach okrucieństwa wojny nie
zdawały się mieć ku końcowi. Pewnego nieświadomego dnia oddziały UPA spaliły Temeszów i wymordowały mieszkańców. Płacz,
krzyki przerażenia i rozpaczy, jedyna broń bezbronnych, niosły się na falach Sanu, na drugi brzeg, przeciwny biegun greckokatolicki.
Co czuli mieszkańcy ulickiego brzegu gdy mordowano ich sąsiadów, ludzi których znali i z którymi współżyli w pokoju, a przed nimi ich
ojcowie, a przed ojcami dziadowie, dopóki polityka nie zmieniła umysłu w wodę mętniejszą niż San w czas wiosennych wezbrań?
Niemoc i bezradność chwili w której rzeczy zaszły zbyt daleko by je cofnąć po bezlitosnej spirali czasu? Ból? Współczucie? A może
jednak ulga, że to nie my?
Oni też. Oni też doświadczyli ognia i pistoletu. Oddziały Urzędu Bezpieczeństwa nie znały litości, chociaż może miały jej więcej niż
UPA, bo nie mordowali a wysiedlali, wyrywali z korzeniami pokolenia przywiązania do brzegu Sanu, do śródkarpackiej doliny,
szczęścia i cierpienia, biedy i dobrobytu. Gumka aparatu bezpieczeństwa nie znała litości w wymazywaniu historii. Z 400 gospodarstw
nie zostało żadne. Została tylko cerkiew. Zdziczałe sady, ślady studni, zarośnięty gruzy. I cerkiew. Dlaczego? Tajemnica wielka,
tajemnica stara, starsza niż ulucka cerkiew, tajemnica wiary i uczuć. W każdym człowieku.
Jeśli życie jest mniej trwałe niż refleks światła na wodach Sanu, to jaki ma sens? Jeśli obecny dzień jest ulotny jak dmuchawce na
ulickich łąkach nad Sanem to jaki ma sens? Czy ktokolwiek myśli o sensie? Wleczemy stopy od rana do wieczora, z ciepłoty do
chłodu pościeli, w magicznym zaklętym kręgu, błędnym kole istnienia, czy może raczej wegetacji bo tak naprawdę nawet nie
zdajemy sobie sprawy że istniejemy, oprócz tych rzadkich przebłysków świadomości, duchowych epifanii. Ciągniemy stopy po ziemi,
napełniamy trzewia chlebem, mięsem, wodą, benzoesanem sodu, kwasem askorbinowym, batonikami, cytrusami, używkami,
odżywkami. Napełniamy uszy dźwiękiem a oczy światłem ale jesteśmy głusi i ślepi, bo nasze głowy są dziurawe i w środku straszy
pustka, wiatr świszczy w pustych przestrzeniach jaźni, jak w Uluczu, którego już nie ma.
Piotrek Czerwiński

'Komu tysiące lat nie mówią nic, niech w ciemności niewiedzy żyje z dnia na
dzień.'
Johan Wolfgang Goethe
krzyż nagrobny przy cerkwi w Uluczu
fot. Piotrek Czerwiński
cerkiew w Uluczu