MojeKarpaty - strona główna >>>
Z Pogórza w Bieszczady 2007   rowerowe Karpaty. 
 
Dzień pierwszy. 
Przenikliwy majowy poranek. Pogórze, Domaradz. 
 
Pierwsze metry są nieznośne. Zdają się mówić: zawróć, jeszcze nie jest za późno, połóż się w ciepłej pościeli. Po co ci to? No 
właśnie, po co  
Tak zaczyna się ta podróż. Z Pogórza w Bieszczady. Trzy dni, 270 km, bolący tyłek, spękane wargi. Po co ? A czy to ważne? 
Pierwszy checkpoint w Brzozowie, spotkanie z towarzyszem niedoli. Brzozów wita pustymi ulicami i zamkniętymi instytucjami, z 
okazji 1 maja, święta pracy  
Ruszamy dalej, na południe. Już w Grabownicy mamy przedsmak tego co nas czeka. Wyniesione grzbiety Grabówki i Kopacza 
wyznaczają granicę między Pogórzem i Górami Słonnymi, zwanymi u Stasiuka Słonymi, nie wiedzieć czemu. Dalej już tylko 
Bieszczady, Biesy i Czady, Zło i Dobro, jeśli jest między nimi jakakolwiek różnica. Wiatr sprzyja swoją nieobecnością. Mimo to 
lepiej się nie zatrzymywać aby nie utracić cennej ciepłoty ciała. A to dopiero początek. Dziś w nocy temperatura ma spaść do 
-10 stopni Celsjusza. Na szczęście nic o tym nie wiemy  
Mijamy Czerteż i jego magiczną cerkiew, kość niezgody między Skansenem w Sanoku i społecznością greckokatolicką. Gdzie 
podziały się czasy tej wspaniałej karpackiej symbiozy wyznań i narodowości? Kolejne banalne pytanie. Odpowiedź już nie tak 
banalna. 
Już prawie Sanok. Czteropasmową drogą mkniemy w kierunku centrum i po krótkim podjeździe wjeżdżamy do centrum miasta 
gdzie, w towarzystwie mosiężnego Szwejka, weterana karpackich dróg, zjadamy prozaiczne, plebejskie śniadanie, dopełnione 
globalistycznym wytworem w postaci batonów Mars, zło konieczne na energożernej trasie do Leska. 
W okolicach osławionej fabryki, która zastała Polskę konną, a zostawiła zautobusowaną, mianowicie w okolicach  Autosanu , 
spotykamy podobnych sobie swobodnych jeźdźców. Gest pozdrowienia bardzo pokrzepia na trasie. Harley mój to jest to, 
kocham go. Ciekawe kto pierwszy pokona serpentyny w Zagórzu? 
Okazuje się że to my pierwsi pokonujemy ostatnią serpentynę w Zagórzu. Zatrzymujemy się żeby uwiecznić na elektronicznej 
matrycy panoramę Gór Słonnych. Następny przystanek: Lesko, a właściwie Zahutyń, bo na rondzie pod pałacem Mniszchów 
skręcamy w prawo na Hoczew. Zaczynamy podróż pozornie płaskim odcinkiem, w górę doliny Sanu. 
Czas na posiłek więc uwiązujemy rumaki na poboczu drogi i zasiadamy przy prowizorycznym stole dla podróżnych. W dole, po 
lewej płynie nastoletni i płytki San, po to by w okolicach Przemyśla zestarzeć się i umrzeć w pobliżu Sandomierza wskutek 
zderzenia z Wisłą.
  Powrót na trasę jest trudny; bolesny i dotkliwie zimny. Po kilometrze dolegliwości mijają, człowiek i stal 
(aluminium) stają się jednym i tylko następny postój może przerwać tą harmonię. W Średniej Wsi postój okazuje się nie tyle 
konieczny co pożądany wskutek obiektu wyrastającego po prawej stronie drogi, a mianowicie XVI-wiecznego drewnianego 
kościoła. Świątynia wyrasta z ziemi w sposób tak naturalny jak gdyby drzewa z których została zbudowana nie zostały nigdy 
ścięte a jedynie w cudowny sposób splotły się w śmiertelnym uścisku by stworzyć ten cud bieszczadzkiej architektury, najstarszy
 kościół w krainie Biesów i Czadów. 
Kilkanaście kilometrów dalej, na południe od Pogórza, na północ od Bieszczadów, pojawia się Jezioro Solińskie, cudowny twór 
epoki wielkich budów lat 60-tych, najbardziej komercyjny zakątek niekomercyjnych kiedyś Bieszczadów, obiekt westchnień i 
zachwytów setek szantowców, czy też miłośników Wojciecha G., obiekt przekleństw tysięcy ludzi, mieszkańców wysiedlonych 
bieszczadzkich wsi, ich przodków pogrzebanych na wieczny spoczynek w ich rodzinnej ziemi, ich kości wypłukanych przez 
rozmach komunistycznego reżimu, ich kości niepokojonych co roku przez setki tysięcy zachwyconych pseudo-naturą turystów   
Zalew Soliński  
   Dojeżdżamy do Bukowca. Tutaj zakończy się pierwszy dzień tej trans-karpackiej wyprawy. W asyście drogich Warszawskich 
samochodów, zawodowych turystów wyposażonych w najdroższy sprzęt Campusa, bardzo przydatny przy wytwornych 
kolacjach w tak zwanych  tradycyjnych bieszczadzkich gospodach  my, banici współczesnej turystyki, prymitywni ludzie na 
rowerach, unikając rozjechania prze szybszych i lepszych docieramy do miejsca naszego pierwszego, na szczęście jeszcze nie 
wiecznego, spoczynku. Dobranoc. 
W geście szaleńczego sprzeciwu przeciwko skomercjalizowanemu głównemu nurtowi współczesnej turystyki poczynimy wysiłki 
w celu rozbicia namiotu. Czasy jednak najwidoczniej nie sprzyjają rowerowym Don Kichotom gdyż prognoza 
dziesięciostopniowego mrozu w nocy oraz cena zaporowa za kilka metrów kwadratowych trawy okazuje się być wystarczająco 
potężnym wiatrakiem aby połamać nasze kopie i położyć nas do ciepłych, przytulnych łóżek pod bezpiecznym dachem 
bieszczadzkich gospodarzy. 
 Krystalicznym, przenikliwie rześkim i słonecznym porankiem wyruszamy w stronę Terki, w górę Solinki pomiędzy lesistymi górami,
 świadkami tragicznych wydarzeń lat 40-tych ubiegłego wieku, inspirowanych przez wielką politykę wielkiej tragedii małych ludzi, 
Rusinów i Polaków, małych wielkich ludzi wplątanych w mała wielką wojnę. To tutaj, w 1946 roku oddział Wojsk Ochrony 
Pogranicza z Wołkowyji zamordował 32 mieszkańców pochodzenia ruskiego w odwecie za uprowadzenie i zabicie przez UPA 
kilku polskich mieszkańców wsi. Oko za oko, ząb za ząb, krew za idee  
bocian w Terce
Mijamy Terke i Buk, dojeżdżamy do Dołżycy i skręcamy w lewo, w kierunku Wetliny. Zaczyna się najbardziej wymagający odcinek 
trzydniowej wyprawy. Przed nami dwie mordercze przełęcze. Na Przełęcz Przysłup (681 m.n.p.m.) wjeżdżamy bez większych 
trudności. Widok jaki ukazuje się naszym zamglonym przez pot oczom to Smerek i Połoniny na horyzoncie oraz 
rozentuzjazmowany tłumek czekający na gorące kiełbaski i inne frykasy kuchni na przełęczy. Perspektywa schabowego z frytkami 
zdaje się przesłaniać swoim ogromem nawet wyniesionego na 1222 m.n.p.m. Smereka. Ślady fundamentów pod nowy 
pensjonat, konsumpcyjne zgromadzenie, wiatr, kolejka która nie nadjeżdża. Ale sto metrów dalej znajdujemy polankę ze 
skarłowaciałymi, zdziczałymi jabłoniami, najprawdopodobniej pozostałość po bojkowskiej osadzie. Co jest prawdziwą 
rzeczywistością? Czy ta z grupką śliniących się na kawał mięsa, ubranych w dresy i najlepszy turystyczny przyodziewek kongres 
znawców  bieszczadzkiej  sztuki użytkowej, czy ta polana, nieistniejąca już dawno w czasie, a jeśli istniejąca to tylko częściowo, 
w postaci tych, zdawałoby się, karykatur drzew owocowych, bezpłodnych i biednych na smaganej wiatrami polanie. Czy 
istniejemy tylko w czasie teraźniejszym?
Przełęcz Przysłup - widok na Smerek 
i Połoninę Wetlińską
Zjazd z przełęczy w kierunku Wetliny z prędkością ponad 60 km/h wyciska łzy w oczach. Pędzimy na spotkanie z festiwalem 
folkowym. Po złamaniu i wszelkich zasad i skonsumowaniu globalistycznych hamburgerów, usiłujemy odnaleźć wiele swą nazwą 
obiecujący Felkfest Wetlina 2007. Pod Hotelem PTTK odkrywamy obozowisku kilku namiotów, czyli festiwal owy. Nic, dziwnego,
 jest godzina okołopołudniowa, bynajmniej niesprzyjająca rozrywce, a raczej odpoczynkowi po harcach dnia poprzedniego i 
ogrzaniu kości w cherlawym bieszczadzkim słońcu po nocy siarczystego majowego mrozu wpełzającego podstępnie do 
namiotów, do śpiworów i dalej. 
Ruszamy więc na kolejną sesję masochistyczną w postaci 10 procentowego podjazdu serpentynami na Przełęcz Wyżnią (872 m. 
n. p. m.). Na szczycie tłum ludzi. Wyglądają jakby schronili się tutaj przed potopem i z góry spoglądali na bezkres wód 
wypełniających bieszczadzkie doliny. Co jakiś czas jakiś błyszczący okręt na czterech kołach odbija od nabrzeża parkingu i 
serpentynami spływa w otchłań. Po krótkiej przerwie i my podążamy ich śladem. Obciążone rowery rozpędzają się do zawrotnej 
prędkości 70 km/h. Najmniejszy błąd przy wchodzeniu w serpentyny gwarantuje wypadnięcie z obiegu spraw doczesnych i z 
zadziwieniem patrzę jak mój towarzysz wstaje z siodełka i wychylając się balansuje pędzący na 28-calowych kołach w kierunku 
Brzegów Górnych rower. Za ostatnim zakrętem przyśpieszam co małe nie kończy się bliższym spotkaniem ze zderzakiem minibusu 
wyjeżdżającego z pobocza.  
Na skrzyżowanie w Brzegach Górnych wjeżdżamy ze sporą prędkością, ocieramy w biegu łzy wyciśnięte przez nieczuły wiatr, 
który zawsze wieje w oczy kiedy człowiek próbuje go prześcignąć, i skręcamy na Dwernik. Po około 200 metrach świat się 
zmienia, znikają ludzie, znikają samochody. Drastyczna anty-cywilizacyjna metamorfoza 300 metrów asfaltu. Wjeżdżamy w 
prawdziwe Bieszczady. Bez mercedesów, za to ze starymi fiatami 125p rdzewiejącymi w pokrzywach, bez pseudo-tradycyjnych 
pensjonatów o pseudo-bieszczadzkiej architekturze, za to ze starymi drewnianymi domami, poszarzałymi od upływu czasu który 
przechodząc ociera się swoim mokrym od deszczu lub szorstkim wskutek suszy cielskiem o niczego nie podejrzewające ściany i 
dachy. 
Jedziemy doliną potoku Dwernik, w dół jego biegu. Gładki asfalt, niewidoczny spadek terenu, pięknie zalesione strome zbocza i 
kamieniste dno potoku to idealne połączenie fizyczno-estetyczne. Rowery toczą się niemal same, niczym perpetuum mobile, a ciekły 
kryształ licznika pokazuje nieustannie okolice 40 km/h. Za Dwernikiem przekraczamy San i dalej już jego doliną będziemy próbowali 
dostać się do Rajskiego. Gładki asfalt kończy się niczym piękny sen szarym zimowym rankiem. Po kilku kilometrach asfalt znika 
zupełnie, ale znikają też zupełnie oznaki jakiejkolwiek cywilizacji, może za wyjątkiem samej drogi, która jako taka jest jednak 
cywilizacyjna. Tutaj samochody już nie mają wstępu. Droga wije się wzdłuż młodego Sanu, to wznosząc się, to opadając, bezlitośnie 
obijając opony naszych rowerów porami swojej chropowatej, asfaltowo-szutrowej skóry. Dzień zbliża się ku końcowi i z chęcią złożyło
 by się głowę na najtwardszym nawet kamieniu i pozwoliło ciału i duszy na kilka godzin odpłynąć w senne zapomnienie. Do Rajskiego 
jeszcze co najmniej dziesięć kilometrów. Na koniec dnia dziesięć znaczy tyle co sto toteż z gorzko-słodką ulgą przyglądamy się 
początkowi urwanego gdzieś za Dwernikiem sznurka cywilizacji w postaci strażników leśnych. To już Rajskie. Nazwa mylna, bo 
pierwszym osadnikom z pewnością nie było tu jak w raju. Strome brzegi Sanu, na południu przechodzące w grzbiet Otrytu oraz 
wąska rzeczna dolina niewątpliwie nie zdają się sprzyjać uprawie, chociaż nazwa wsi oznacza przecież obszar zdatny do uprawy. Dziś 
to już bez znaczenia. Ośrodek wypoczynkowy można wybudować wszędzie. Natura człowiecza zmienną jest, dlatego też 
rezygnujemy z noclegu w Rajskiem, z przyczyn, można by rzec, obiektywnych. Pole namiotowe jest nieczynne a domki wyglądają 
bardziej na drewniane namioty, z pewnością nie nastawione na przyjmowanie rowerowych obdartusów. Do Bukowca dziesięć 
kilometrach. Patrzymy na siebie i w oczach, jak w lustrach, widzimy refleksy zwątpienia. Ruszamy. 
Dziesięcioprocentowy podjazd do Sakowczyka to szaleńcza walka z własną słabością. Szczyt oddala się za każdym zakrętem, a 
przecież zdawał się być kilka machnięć stąd. W końcu jednak przestaje uciekać i udaje się nam go dosiąść. Teraz tylko wyciskający łzy
 zjazd do Bukowca i beznadziejne poszukiwanie noclegu w Bieszczadach które po ponad sześćdziesięciu latach znów stają się 
zatłoczone i przeludnione. Przynajmniej sezonowo. 
Zamglone wyczerpaniem oczy zauważają jednak niepozorną tabliczkę z napisem  nocleg , tutaj, na szczycie, w połowie drogi znikąd 
do nikąd, gdzie nikt nie spodziewałby się domu. A jednak jest. Stoi tam, dryfuje w oceanie bieszczadzkiej turystyki niczym stara 
rybacka łódź wśród wielkich transatlantyków, niezauważany i ignorowany, tak jak rowerzyści na bieszczadzkich drogach, margines 
świata. Za symboliczną opłatą nocujemy w tej oazie zapomnienia i ciszy, stoickiej akceptacji życia takim jakie jest, nawet jeśli jest 
obojętne i nas ignoruje. Rano okazuje się że spod domu roztacza się wspaniały widok na pasmo Otrytu.  
Ale to już czas powrotu. Poranny, przenikliwy chłód wraz z pędem wiatru wciska się w każdą szczelinę ubrania na stromym zjeździe 
do Bukowca. Trzeba rozgrzać się kawą w barze  Pod Gontami , gdzie dwa dni temu piliśmy piwo. Jedziemy do Soliny. Skumulowane 
masy ludzkie hamują pęd naszych rowerów. Pogoda, po dwóch dniach chłodu i mrozu, robi się cynicznie piękna. Ale Solina to nie 
jest miejsce w którym chciałoby się zostać. Beton zapory, gwar turystów, symbole zniszczenia i kreacji zarazem nie każdemu 
odpowiadają. Czas do domu, gdziekolwiek on jest. Modyfikujemy trasę, o ile to możliwe, i jedziemy przez Bóbrkę i Myczkowce, gdzie 
przypominam sobie o fakcie że kilkukilometrowy fragment tej drogi jest brukowany. Za późno na odwrót. Po dojechaniu do drogi 84
 Ustrzyki Dolne - Sanok zaczynamy odczuwać boleśnie skutki wiatru wiejącego z północy, prosto w nasze twarze. Tak będzie do 
samego domu, do samego końca. Rower nie chce przekraczać prędkości 20 km/h. Jakaś magiczna zdawałoby się siła, pcha go z 
powrotem w Bieszczady. W Sanoku tracimy ze sobą kontakt wzrokowy w okolicach fabryki Autosan. Odnajdujemy się na 
obwodnicy. Tutaj, na brzegu Sanu, który osiągnął już wiek średni, postanawiamy zjeść obiad, w towarzystwie brodzącego w rzece 
bociana, być może tego samego co Terce, chociaż to raczej mało prawdopodobne. Z drugiej strony towarzyszami są samochody 
pędzące obwodnicą, lśniące toyoty land cruisery na warszawskich tablicach mknące w Bieszczady po serię quazi-mocnych wrażeń, 
stare volkswageny na sanockich, brzozowskich czy krośnieńskich numerach toczące się w kierunku ukraińskiej granicy, 
na Krościenko, po paliwo, papierosy i wódkę. Dwie planety na jednej orbicie obwodnicy.  Mijamy Czerteż, Pakoszówkę. To już 
Pogórze, to już dom. A może raczej: to wciąż Karpaty, to wciąż dom.  
                                                                                                                  Piotrek Czerwiński
potok Dwernik
więcej zdjęć w galerii >>>